voyeur-16ton blog

Twój nowy blog

Afgan Camp

Brak komentarzy

            Jak doniosły autentyczne
Fakty Brytyjczycy urządzili dla swoich dzielnych żołnierzy specjalny obóz
szkoleniowy, który przypomina afgańską wioskę. Jest w nim afgańskie jedzenie,
afgańska zabudowa, afgańscy mieszkańcy, afgański design i eventy. Brakuje tylko
afgańskiego powietrze, które mimo usilnych prób nie udało się sprowadzić.

 

 

Ten szkoleniowy obóz jak
sama nazwa wskazuje ma jak najlepiej wyszkolić brytyjskich żołnierzy do misji w
Afganistanie. Wiadomo przecież nie od wczoraj, że dobry żołnierz to wyszkolony
żołnierz i bez wyobraźni, dlatego za pewne z książek wiele by się nie
dowiedzieli o Afganistanie nawet jeżeli byłyby to kolorowe albumy lub
trójwymiarowe książeczki dla dzieci. Inwestycja na pewno się zwróci albo
przynajmniej odbije czkawką. To, że pochłonęła okrąglutką sumkę funtów to nic
nie szkodzi. Czas i pieniądze na budowę szkół i szpitali jeszcze się znajdą.
Dodatkowo Brytyjczycy proponują krajom partnerskim możliwość korzystania z ich
afgańskiego obozu. Możliwe, że z tego zaproszenia skorzystają także polscy
żołnierze. Pozostaje mieć nadzieję, że obóz nie jest aż tak bardzo realistyczny
i wszyscy powrócą żywi.

 

Nie oficjalnie natomiast mówi
się, że Walt Disney stara się o możliwość wykupienia praw autorskich do
projektu. W przyszłości chciałby postawić takie placówki w całej Europie i
Stanach Zjednoczonych jako rozszerzenie oferty Disneylandów. Jeżeli pomysł
wypali Disney pójdzie za ciosem i oprócz afgańskich parków rozrywki powstaną
oryginalne reprodukcje więzienie Guantanamo oraz Bagdadu w przededniu obalenia
Saddama. Możliwe, że za dodatkową oplata będzie można przeprowadzić
rekonstrukcje egzekucji Husajna.

 

Miejmy nadzieję, że i tym
razem Polska nie pozostanie w tyle. Proponuje w tym miejscu wspólny projekt
Ministerstwa Obrony Narodowej z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego i czekam na odzew ze strony Rządu.

 

Voyeur

Afgan Camp

Brak komentarzy

 Jak
doniosły autentyczne Fakty Brytyjczycy urządzili dla swoich dzielnych żołnierzy
specjalny obóz szkoleniowy, który przypomina afgańską wioskę. Jest w nim
afgańskie jedzenie, afgańska zabudowa, afgańscy mieszkańcy, afgański design i
eventy. Brakuje tylko afgańskiego powietrze, które mimo usilnych prób nie udało
się sprowadzić.

 

Ten
szkoleniowy obóz jak sama nazwa wskazuje ma jak najlepiej wyszkolić brytyjskich
żołnierzy do misji w Afganistanie. Wiadomo przecież nie od wczoraj, że dobry
żołnierz to wyszkolony żołnierz i bez wyobraźni, dlatego za pewne z książek
wiele by się nie dowiedzieli o Afganistanie nawet jeżeli byłyby to kolorowe
albumy lub trójwymiarowe książeczki dla dzieci. Inwestycja na pewno się zwróci
albo przynajmniej odbije czkawką. To, że pochłonęła okrąglutką sumkę funtów to
nic nie szkodzi. Czas i pieniądze na budowę szkół i szpitali jeszcze się
znajdą. Dodatkowo Brytyjczycy proponują krajom partnerskim możliwość
korzystania z ich afgańskiego obozu. Możliwe, że z tego zaproszenia skorzystają
także polscy żołnierze. Pozostaje mieć nadzieję, że obóz nie jest aż tak bardzo
realistyczny i wszyscy powrócą żywi.

 

Nie
oficjalnie natomiast mówi się, że Walt Disney stara się o możliwość wykupienia
praw autorskich do projektu. W przyszłości chciałby postawić takie placówki w
całej Europie i Stanach Zjednoczonych jako rozszerzenie oferty Disneylandów.
Jeżeli pomysł wypali Disney pójdzie za ciosem i oprócz afgańskich parków
rozrywki powstaną oryginalne reprodukcje więzienie Guantanamo oraz Bagdadu w
przededniu obalenia Saddama. Możliwe, że za dodatkową oplata będzie można
przeprowadzić rekonstrukcje egzekucji Husajna.

 

Miejmy
nadzieję, że i tym razem Polska nie pozostanie w tyle. Proponuje w tym miejscu
wspólny projekt Ministerstwa Obrony Narodowej z Ministerstwem
Kultury i Dziedzictwa Narodowego i czekam na
odzew ze strony Rządu.

 

Voyeur

Pierwszy
strażak Rzeczpospolitej obojga numerów oraz wieczny Premier, którym pewnie
chciałby być dożywotnie, oczywiście tylko pod warunkiem chodzenia w strażackim
uniformie doszedł ostatnio do genialnego wniosku, zresztą jak zwykle, że gdyby
nie politycy to byśmy się zanudzili i to dzięki nim, a ściślej ich cyrkom jest
w tym kraju tak wesoło, czy coś w tym tylu.

Nie śmiem
polemizować z postawioną tezą. O czym my prości ludzie byśmy rozmawiali na co
dzień w autobusach czy przy butelce wódki? Jak często musielibyśmy opowiadać
kawały z brodą jak u Lenina czy Marksa? A tak włączamy serwis informacyjny
jakbyśmy otwierali beczkę śmiechu. Rozkładamy gazetę i od razu jakbyśmy
antologię dowcipu czytali. Ten powiedział to. Tamten tamto.

A my łapie się
za boki. Za brzuch się chwytamy. Klepiemy kumpla po ramieniu sami się telepiąc.
Niekiedy nawet łzy ocieramy. Czasami też i przy tym się śmiejemy. Nieco
historycznie. Jak ci z domów wariatów.

Przydałby się
wtedy doprawdy, jaki strażak, który ostudziłby trochę nasze emocje, bo od tego
śmiechu i brzuch nas z czasem boleć zaczyna, oczy od łez puchną, a i głowa
migrenę łapie.

            Ale
śmiech to zdrowie. Pamiętajmy o tym. I śmiejmy się dalej. Aż do rozpuku. Tylko
przed pęknięciem podziękujmy politykom, ze szczególnym uwzględnieniem pana
Pawlaka, za ten show, co to dla nas, codziennie serwują nie bacząc na życie i
zdrowie. Oczywiście nasze. Życzmy im dalszej pomysłowości, niesłabnącego
poczucia humoru, aby każdy nas smutny dzień mógł nabrać kolorytu dzięki ich
działalności.

             

 

Voyeur

Niech żyje równość – głosił napis
na równo uciętej desce stanowiącej część transparentu wbitego w równo skoszony
trawnik. Obok stał równy chłopak właściciel rzeczonego równego transparentu.
Nieopodal niego niczego nieświadome sterczało sobie psie …ówno. Ogólnie więc
było równo! Po równo jedenastu sekundach równy chłopak rozpoczął powoli, ale
równo, swoją mowę:


Światu trzeba głosić myśl równości, że człowiek jest spod jednego znaku:
dwóch równoległych do siebie poziomych kresek, a właściwie nie jest spod tego
znaku, ani nad znakiem, tylko obok niego, a po drugiej stronie tego znaku jest
inny człowiek, a ten znak ich łączy choć wizualnie dzieli…

Nikt już nie jest w
mniejszości, ani w większości. Człowiek może być bowiem już tylko w równości.
..
Po cichu dodał jakby sam do siebie:  A jeżeli jest ktoś kto nie
wierzy, że może być równo, to mnie to psie …ówno obchodzi, bo i tak będzie
równo…

Pani Grażynka mimo moich usilnych
próśb nie chciała zmienić kanału TV. Co gorsza po programie wyjęła zakurzony
album fotograficzny i zaczęła mnie molestować swoimi wspomnieniami

- Czy nie podobny – spytała wskazując na jedną postać ze
zdjęcia
- Do kogo? – spytałem
- Do tego chłopca z TV
- Trochę, a kto to?
- To moja pierwsza prawdziwa miłość. Przez niego zapisałam się do partii.
Westchnęła. A ja wymknąłem się po cichu i położyłem się spać.
Spałem równo.

 

Voyeur

 

W końcu
dożyłem upragnionej wolnej, niezobowiązującej wolnej soboty. Już od wtorku
planowałem, że nadrobię w ten dzień wszystkie moje zaległości. Zaraz przy
śniadaniu zasiadłem przed telewizorem i przystąpiłem do wykonywania planu. Przed
obiadem zdążyłem obejrzeć zaległe odcinki mojego ulubionego serialu, a do
kolacji byłem już bogatszy o przegapione na tygodniu programy rozrywkowe. Cóż
by biedny, zabiegany, biedny człowiek zrobił gdyby nie weekend i powtórki w
telewizji i nie weekend.

Radości mojej
nie było końca, bo dodatkowa telewizja uraczyła mnie moim ulubionym filmem z
lat nastoletnich, albo kilkuletnich. Sam już nie wiem. W każdym bądź razie znów
zasiadłem przed telewizorem jak szczeniak i oglądałem znane na pamięć sceny
zupełnie jak przed miesiącem, kiedy to znów była retransmisja hitu sprzed dwóch
dekad. A radości mojej nie było końca

            W
niedziele poczyniłem dodatkowe spostrzeżenia, że nie tylko nie muszę pamiętać
archiwalnych filmów, ale nawet tego, co aktualnie oglądam. Dla osób, które
pracują intelektualnie to wręcz wybawienie. I tak przecież musimy zapamiętywać
tyle informacji. Jakim autobusem dojechać do pracy, jakim wrócić, jakim
dojechać do pracy itp. Teraz oglądania telewizji to dopiero prawdziwy relaks. Relaks!
Gdy o 20:00 wystartował mój kolejny ulubiony serial dowiedziałem się, co było w
poprzednim odcinku i gdy już załapałem co jest pięć już wiedziałem, co będzie
po przerwie. Po przerwie dowiedziałem się co było przed przerwą, a zaraz po tym
co będzie w następnym odcinku. Dzięki temu przestałem się martwić czy jutro oby
na pewno znajdę czas na mój drugi ulubiony serial. Ale to i tak były bez
podstawne lęki, bo i tak w sobotę są jego powtórki.

            Uspokojony
i wypoczęty po tej pigułce rozrywki z całego tygodnia usnąłem przed serwisem
informacyjnym. Bez żadnych zresztą obaw pewny, że jutro rano pewnie będzie jego
powtórka. Tym razem się pomyliłem. Powtórki nie było, była natomiast powtórka z
zeszłego tygodnia o konflikcie między premierem a prezydentem, albo to z przed
miesiąca. Zresztą nie ważne. Nie ważne.

 

P.S.

 

W związku z tym, że mój blog robi
się coraz mniej śmieszny poprosiłem Panią Grażynkę o jakiś kawał. O to i on:

 

Mąż ogląda mecz w telewizji. W
pewnym momencie oglądania meczu w telewizji zachciało mu się wyjść do toalety. Prosi,
więc żonę, aby rzuciła okiem i w razie czego powiedziała kto strzelił bramkę.
Będąc w telewizji słyszy krzyki i brawa i znów krzyki i brawa. Pod ekscytowany
wraca i pyta się żony, kto strzelił gola. Żona odpowiada, że jednego strzelił
Kowalski a drugiego jakiś Repley.

 

Voyeur

Z uczuciem
ulgi usiadłem na przystanku czekając na autobus do domu. Na nieszczęście nie
miałem żadnej gazety ani książki, aby zabić ten czas. Z drugiej strony nie było
to takie złe, bo po co po całym dniu na uczelni jeszcze katować się czytaniem.
W dodatku zmierzch źle na oczy robi. Na kolejne nieszczęście, tym razem już jak
najbardziej nieszczęsne, nie było nikogo na przystanku. Jak to tak czekać i do
nikogo gęby nie otworzyć? Postanowiłem, więc że zacznę o czymś myśleć. Dlatego
zabicia czasu, co już się rzekło, a i nawet zapisało. Pomyślałem, więc, o czym
tu pomyśleć. Na nieszczęście nic mi do głowy nie przychodziło. Na tym myśleniu
o myśleniu zleciał mi na szczęście czas i w końcu podjechał autobus. Przez
chwilę przemknęła myśl, o czym będę myślał po drodze? Na szczęście moje obawy
okazały się bezpodstawne.

Kupując bilet
u kierowcy z jego kabiny doleciała mnie muzyka, czyli tzw. złoty przebój, a
może nawet i platynowy. Przez opary dymu ze szlugi kierowcy dosłyszałem Jego,
bo raczej nie Nasze Randez-Vous. Już prawie wpadło mi w ucho, ale trafiło mi
się usiąść obok miłośnika death metalu i od razu wrzuciło mnie na szatańskie
zakręty przy dźwiękach Decade of Therion. Nie dosłuchałem nagrania do końca, bo
musiałem ustąpić miejsca starszej pani. Idąc ku środkowi przystanąłem przy
grupce ziomów. Jeszcze dobrze nie zaraziłem się obrzydliwą ciszą, gdy już
gibałem się w rytmach „Będę brał Cię w aucie”. Swoja drogą dobrze, że nie w
autobusie. Przy fali wsiadających znów rzuciło mnie dalej. Prawie znalazłem się
już na przegubie autobusu. Trochę trzęsło, ale nie było tak źle. Prezenter Eski
jak zwykle poprawił mi humor. Przy okazji dowiedziałem się, co tam nowego u
Dody. I właściwie po tym zgubiłem już rachubę. Pamiętam jeszcze jak przez mgłę
Feel, Metallice, Moletę i Blog 27 choć nie jestem pewien czy w tej kolejności.
Może to jakiś wspólny występ? Nie wiem.

Koniec końcem
dotarłem do domu i na allegro zamówiłem se eM Pe Trójkę. Jak tylko przyjdzie
przerzucę na nią uwerturę Egmont Beethovena, następnie Mietka Fogga, a na deser
może jakiego Marleya albo innego i już nigdy nie będę musiał myśleć o czym mam
myśleć. Jak to pisał jeden gryzipiórek Autobus gra, komoda tańczy… czy coś takiego

 

P.S.

 

Pani Grażynka po przeczytaniu
tego odcinka odesłała mnie do łóżka i zaparzyła mi herbaty. Chyba wspominała
coś o gorączce.

 

Voyeur

Wszystko
zaczęło się od idei. Nota bene warto dodać, że wszystko zwykle zaczyna się od
idei. Wracając do tematu powiedziałbym nawet, więc i zapiszę, że nawet to się
zaczęło od idée fixe. Broń Pani Bozio nie mylić z fixem do dań czy innym
pomysłem na…
Idea była jedyna i słuszna. Najpierw poszły gorsety. I dobrze. Później staniki.
Jeszcze lepiej. I jeżeli chodzi o garderobę na tym się skończyło. Niestety. No,
co prawda zamieniono spódnice na spodnie, ale przecież tyle można było jeszcze
zdjąć. Szkoda. Myślę, że nawet najwięksi męscy szowiniści by się ze mną tu
zgodzili. Wciąż jestem, więc nikt mi w mordę nie dał, więc ma rację, że tak
myślę.

W każdym bądź
razie idea nie umarła, a nawet ostatnia nadzieja. Sprawa toczy się dalej i to
całkiem dobrym torem. Wszak feministki mogłyby wybrać inną drugą, trzecią
alternatywę np. na wzór amazonek obciąć sobie pierś albo nawet i dwie w ramach
postępu. Strata może niewielka, bez względu na rozmiar miseczki*, dla
nienarodzonych dzieci, ale dla mężczyzn gigantyczna.

Na szczęście
do tego nie doszło. Resztki ciuchów zostały na swoim miejscu jak i elementy
ciała. Na cel został wzięty langue (terminologia de Saussure’a by nikt nie
pomylił z organem i nie skojarzył sobie z czym nieprzyzwoitym) Wielu osobom,
głównie męskim, to się nie podoba. A ja się dziwię. Wszak: „… to co
nazwiemy jest nam bliższe”, a lepiej chyba być bliżej psycholożki, niż
Pani Psycholog, czy, o zgrozo, Pana Psychologa.

Nie tylko
dlatego jestem za zmianami w języku. Mam bowiem kolegę. Chłop poczciwy, a jakże,
ale zawód ma niezbyt popularny, oczywiście tylko w odczuciu nie zreformowanej
części społeczeństwa. Choć stary jak świat jego fach to wciąż się z niego
śmieją. Tu z pomocą właśnie przyszłaby zmiana nazwy. Zamiast męskiej
prostytutki, czy nie lepiej brzmiałoby „prostytut”? Prawda, że
ładniej. I ja męsko.


*) Miseczka – tę nazwę tez proponuje zmienić, bo kojarzy się z kuchnią, a ta z
kurami domowymi.

 

Voyeur

Nie jest
tajemnicą, że moja biedna Alma Mater spod znaku Radu i Polonu ma problemy
finansowe. Co prawda nie są one związane ze światowym kryzysem, dlatego na
szczyt w Dawos nikt nie zaprosił jej przedstawicieli, albowiem problem ten trwa
jak się nie mylę od początku Trzeciej Rzeczpospolitej poprzez Czwartą i znów na
Trzeciej kończąc.

Deficyt jak
rak toczy serce mej Wybranej, a z roku na rok choroba promieniuje na wszystkie
części jej organizmu niczym dwa pierwiastki jej patronki.

Dlatego też
nigdy złego słowa o Uniwersytecie Naszej Wielkiej Noblistki powiedzieć nie
powiedziałem. Nawet, kiedy pół roku przyszło mi czekać na podpisanie umowy o
pracę od momentu jej wykonania przeze mnie na rzecz Uczelni. Nawet, kiedy
musiałem czekać trzy miesiące na wypłatę należności. Nawet, kiedy ta wyplata
nastąpiła dopiero po napisaniu specjalnego podania do pana Kwestora. Nawet,
kiedy nie mogłem uzyskać karty egzaminacyjnej, gdyż nie zapłaciłem za drugą
specjalizację, bo środki na ten cel planowałem uzyskać z pracy dla mojej
kochanej Alma Mater… Nawet wtedy!

Ale na
szczęście jest nawet nadzieja. Decyzją władz Uczelnianych, a podejrzewam, że
pomysł wyszedł od osoby najważniejszej, czyli Jego Magnificencji Rektora, który
warto dodać: nota bene już zasłynął w lokalnych mediach, ale ad rem decyzją
władz Uczelnianych Uczelnia postanowiła wystawić do przetargu trzy pojazdy.

Pomysł uważam
za przedni i godny największych ekonomistów. Sam Balcerowicz pewnie by odszedł
gdyby sam nie wpadł na takie rozwiązanie. Bo po pierwsze: po co Uniwersytetowi
takie trzy rzęchy, no a po drugie gotówka to gotówka, pieniądz rodzi pieniądz,
nawet jeżeli ten pierwszy był poroniony.

Złośliwi
pewnie by napisali, że ewentualnie można by zatrzymać te trzy samochody na
następne dwadzieścia lat i później je pogonić po cenie zabytkowej byle w
aktualnej walucie. Złośliwi pewnie by też napisali, że takie zachowanie bliskie
jest sięgania dna. Jak w przypadku rodzin których bieda zmusza do wyprzedaży
ostatnich wartościowych rzeczy czy innej szkapy. Ale to ludzie bez serca Ci
złośliwi.

Ja natomiast
pełen nadziei wkraczam w kolejny semestr i z nadzieją patrzę na przyszłość
mojego Uniwersytety. (Proszę wybaczyć za brak skromności, gdy piszę „mojego”,
choć przyznam szczerzę, że w jakieś atomowej części uważam go za „swój”).
Wierzę nawet, że za dziesięć, dwadzieścia lat nie będzie potrzeby pisania
trzech podań, aby dostać ryzę papieru na potrzeby Koła Naukowego.

 

Voyeur

Sodoma i
Gomora. Gehenna z tym i kult Molocha. Ale wszystko to tylko kwestia czasu i
niebawem miejsca tego występku runą jak Wieża Babel, a Ci którzy do niej ręce
swe brudne przyłożyli rozejdą się po świecie zmieszani i wstrząśnięci.

Tymczasem
niestety jest jak jest. A jest źle. I nie ma, co się zastanawiać.

Nie do
pomyślenia jest, aby w kraju ludzi prawych, sprawiedliwych, obywatelskich,
solidarnych, wierzących, uczciwych, a przede wszystkim normalnych takie rzeczy
miały miejsca. Kto by uwierzył, że młodzi i piękni będą chcieli się truć od
środka. Skażać swe ciała i wystawiać je na pogardę. Od wieków przecież wiadomo
jak cenne jest zdrowie. Szczególnie wśród tych, którzy będą przyszłością tego
narodu i tej ziemi. Tej ziemi! Powtórzę dla jasności.

A to i tak
jeszcze nic. Najgorsze w tym wszystkim, że mogą to czynić zupełnie legalnie.
Czy naprawdę chcemy dożyć takich czasów, kiedy to prezydent przyzna się, że w
młodości palił syntetyczną marihuanę, a premier będzie mu wtórował, że wciągał
substytut amfetaminy? Nie! Nigdy!

Przecież w
dzisiejszych czasach młodzi ludzie mają tyle atrakcji. Nie muszą kupować tego
podejrzanego ścierwa. Czy nie mogą tak jak ich ojcowie chlać wódę i ewentualnie
raz na jakiś czas zapaść na filipińską chorobę? Czy chcą, aby wiekowa
słowiańska tradycja odeszła do historii? Czy pragną tego, aby znikło raz na
zawsze słynne przysłowie „pijany jak Polak”?

Po drugie
środki, które zakupują są czymś zupełnie nowym na rynku. Nie chcę nawet
pomyśleć ile w związku z tym grozi niebezpieczeństw. Nigdy nie wiadomo, co się
stanie po przedawkowaniu. W przypadku alkoholu sprawa jest jasna. Można udusić
się własnymi wymiocinami albo zakatować kogoś na śmierć. Dodatkowo leczenie z
uzależnień alkoholowych ma już bogatą tradycje, a przez to i sprawdzone metody.

W związku z
tym wszystkim, co powyżej wypisałem i biorąc pod uwagę również własne
doświadczenie kategorycznie przeciwstawiam się sklepom typu Dopalacze, a
jednocześnie żądam powstania większej liczby sklepów nocnych z alkoholem oraz o
ewentualne dofinansowanie jego zakupów szczególnie dla członków rodzin
wielodzietnych.

 

Voyeur

To nie miraż.
Policja zmienia image. I dobrze. Szkoda tylko, że na razie na cele komendy
wzięły tylko „suki”. Chociaż i to ma swoje dodatnie plusy. Taka nowa
odpicowana „suka” może podjechać niezauważona i zaskoczyć sprawców na
gorącym uczynku. Oczywiście tylko wtedy gdy policmajstry nauczą się nie jechać
na sygnale, gdy zbliżają się do miejsca zdarzenia. Drugi plus jest natury
psychologicznej. Może nowy design odmieni wizerunek w oczach społeczeństwa nie
tylko „suk”, ale i tych co w nie wchodzą. Szkoda tylko, że oba te
plusy są dość krótkotrwałe w swych dodatnich wartościach. W końcu po 2-3 mandatach,
po 2-3  brakach interwencji wszystko
wróci na swoje miejsce.

Chyba, że
policmajstry zmieniałyby designy, co sezon, aby cały czas być tredny i jazzy.
Zacząć od radiowozów skończyć na mundurach. Zatrudnić projektantów, speców od
PR, choreografów, wizażystów etc. Z czasem można by urządzać pokazy policyjnej
mody. Mogłyby powstać spoty reklamowe pt. Moda na policję promujące jej nowy
wizerunek. Zrobić program taneczny w telewizji z udziałem funkcjonariuszy lub
jaki inny „you can dance” czy „Policja na lodzie”. A w związku z tym, że mundury
byłyby tylko na jeden sezon, a jak wiadomo policjanci nie są psami ogrodnika,
więc możliwe, że powstałyby sklepy tzw. „second hand”. Kłopot byłby
ze standaryzacją uniformów. Wszak to odbiera możliwość indywidualizacji,
podkreślenia własnego stylu, charakteru jednostki. A przecież każdy policjant
jest inny. Zgodnie z przysłowiem: nie każdemu psu burek na imię.

Ale nie w tym
jednak problem. Najgorsze bowiem jest to, że długość pały nie uległaby zmianie,
a i ten co ją w ręku trzyma też by się pod czapką nie zmienił choćby była ona
od Versace, Calvin’a Klein’a czy od Witka albo Niewidka.

 

Voyeur

 


  • RSS